Блог О пользователеnarodowy

Регистрация

Теги

alain pilote antyrosyjskość benedykt xvi demokracja dług endecja erdoganizacja eurazja jarosław kaczyński jednomandatowe okręgi wyborcze jow józef piłsudski jędrzej giertych konfederacja słowiańska kredyt społeczny kult smoleński louis even maciej giertych michael nacjonalizm chrześcijański narodowa demokracja naród polski ordynacja wyborcza papież franciszek personalizm pokój polityka propolska polska prawo duvergera prawo i sprawiedliwość pis roman dmowski roman giertych rosja rosjanie ruch narodowy rząd światowy sanacja socjalizm liberalny socjalizm narodowy system dwupartyjny słowianie słowiańszczyzna unia słowiańska większościowy system wyborczy wojna ален пилот антирусскость война двухпартийная система демократия долг евразия енджей гертых закон дюверже избирательный закон либеральный социализм луиc эвен мажоритарная избирательная система мачей гертых мир мировое правительство михаэль национал-демократия национальное движение национальный социализм одномандатныe избирательныe округa оио папа римский франциск персонализм польский народ польшa польша право и справедливость пс пропольская политика роман гертых роман дмовский россия русские санация славяне славянская конфедерация славянская уния славянщизна славянщина социальный кредит христианский национализм эндеция эрдоганизация юзеф пилсудский ярослав качиньский
   
ЯнварьФевральМартАпрельМайИюньИюльАвгустСентябрьОктябрьНоябрьДекабрь
           
1234567891011121314151617181920212223242526272829 (1)3031
 

Korzenie „naszych” elit – Корни „наших” элит


Korzenie „naszych” elit – Корни „наших” элит  http://narodowy.blog.ru/221781635.html (29.08.2016).

Korzenie „naszych” elit sięgają daleko w przeszłość. Na zdjęciu: mieszkańcy Królestwa Polskiego przyglądają się niemieckim okupantom po wycofaniu się armii rosyjskiej (1915).  Корни „наших” элит уходят далеко в прошлое. На фото: жители Царства Польского смотрят на немецких оккупантов после отступления русской армии (1915). Фото: Архив

„Główny problem widzę w złudnym poczuciu elitarności.” (M. Patyk, Mit współczesnej elity narodowej, mysl24.pl, 27.04.2016).

Korzenie elity

Często w gronie tzw. „prawdziwych” prawicowców zastanawiamy się nad przyczynami, dla których większość rodaków jak w chocholim tańcu wybiera sobie na zmianę albo etatystycznych solidaruchów, albo postępowych postkomunistów, a ci używając jedynie nieco innej retoryki utrzymują prawie niezmieniony ustrój dla niepoznaki retuszowany inicjatywami, które i tak z reguły zostają utrącone w dalszej części procesu legislacyjnego.

Jedno z wyjaśnień takiego stanu rzeczy od dłuższego czasu promuje pan redaktor Rafał Ziemkiewicz, który generalnie sprowadza problem do stwierdzenia, że współczesne polskie społeczeństwo charakteryzuje mentalność fornala, czyli jest to społeczeństwo pofolwarczne, pokolonialne; jednym słowem: współczesne stosunki w Polsce to nadal uwspółcześniona wersja stosunków między dworem a folwarkiem.

Nie byłoby to jakieś specjalne odkrycie, ale wydaje się, że pomimo jego generalnej słuszności przy omawianiu tej sprawy omija w dalszym ciągu szereg wątków, wątków niewygodnych dla wielu badaczy, ale bez których zrozumienie przyczyn tej kondycji współczesnego Polaka nie może być wystarczające.

Chłop żywemu nie przepuści

W koszmarnych czasach PRL-u władza szczególnie ciepło wyrażała się o ludzie pracującym miast i wsi, co wcale tej samej władzy nie przeszkadzało, by przy byle okazji ów lud pracujący bezpośrednio lub pośrednio gnoić. Szczególnie wieś zawsze stała władzy cierniem w oku, bo tak za komuny jak i za III RP najbardziej opornie przyjmowała postępowe nowinki wymyślone na zapleczu partyjnej burzy mózgów.

Ile było już w najnowszej historii politycznej analiz socjologicznych i politologicznych pokazujących, jak głosowała wykształcona metropolia, bystra brać akademicka czy ogólnie inteligencja, a na kogo swoje głosy stawiała podkarpacka, okołolubelska czy podlaska wieś obowiązkowo legitymująca się wykształceniem podstawowym i zasadniczym.

Ta z pozoru niewytłumaczalna, ale dotychczas sprytnie skrywana złość na polskiego chłopa znalazła swój materialny wyraz w niegdysiejszych wypowiedziach „inteligenta” Frasyniuka, który najpierw wypomniał chłopom, że zamiast walczyć o niepodległość, to kradli kamasze zabitym powstańcom, a następnie, wstępując na ścieżkę psychoanalizy, tak tłumaczył wyjazd Wałęsy na rzymski kongres Libertasu: „... on w 70 proc. ma tzw. umysł chłopski, taki spryt chłopski, nadmierne przywiązane do materialnych wartości”, wymyślając jeszcze przy innej okazji taki termin jak „chłopopolityk”.

Ta ambiwalencja uczuć wobec polskiego chłopa jest chyba charakterystyczna dla pewnego środowiska, które uczyniło Frasyniuka „inteligentem”, gdyż podczas chwilowej awantury, jaka wybuchła po jego słowach w obronie „inteligenta” stanęła m.in. „Gazeta Wyborcza”, której redaktor cytował nawet na tę okoliczność wyjątki z klasyków polskiej literatury.

Także dzisiaj mamy zakusy na stworzenie pewnego rodzaju kompromisu pomiędzy naszymi „elitami”, a niektórymi przedstawicielami przemysłu holocaustowego, wedle którego Żydów nie wydawało, zabijało czy grabiło całe polskie społeczeństwo, ale chciwi, pazerni polscy chłopi.

Ale takie myślenie nie jest chyba właściwe jedynie dla środowiska „GW”, skoro we wspomnianej wcześniej analizie autorstwa red. Ziemkiewicza cytuje on opinię Kaczyńskiego, wedle której „Polska jest społeczeństwem postkomunistycznym, chłopskim, zastrachanymi i biernym”. Zresztą i sam Ziemkiewicz nie ukrywa, że owa mentalność fornala i parobka nie sprowadza się jedynie do symboliki, gdyż w jednym z akapitów pisał: „po utracie elit i zdradzie ich niedobitków ludność Polski odtworzyła się na bazie małorolnego chłopstwa”.

Jest to i zarazem dość czytelna aluzja i kolejne już powtórzenie pewnej mantry, której sens polega na tym, że hitlerowcy i Sowieci wymordowali polskie elity, przez co najpierw łatwiej, niż przewidywano zainstalowano komunizm, a obecnie tak trudno ten komunizm wyplenić.

Krążenie elit

Prawdą w tym twierdzeniu jest tylko pierwsza część, ta mianowicie, że zarówno Niemcy hitlerowskie jak i Sowieci prowadzili akcję mordowania polskich elit, natomiast na pewno nie wymordowali całej inteligencji (przecież takie tuzy współczesnej polityki jak Kaczyńscy, mecenas Olszewski, Macierewicz, marszałek Komorowski i szereg innych wywodzą swoje genealogie od inteligencji przedwojennej, herbowy ma być nawet generał Jaruzelski) i na pewno inteligencja ta nie była tak monolityczna w swej wspaniałości, jak dzisiaj niektórzy chcieliby ją widzieć.

Ale pomijając tę, może nawet naturalną, skłonność do idealizowania lub koloryzowania przeszłości, znacznie bardziej istotną sprawą jest bałamutne stwierdzenie, że ów mord na elitach spowodował zanik jakiegoś życiodajnego korzenia, z którego mogłyby odrodzić się nowe elity kraju, że wykarczowano najlepsze zawiązki elity i – niestety – musiała ona powstać z korzenia małorolnego chłopa przez co mamy to, co mamy, czyli społeczeństwo pofolwarczne.

Jest to jakiś rodzaj może nawet nieuświadomionego eugenicznego determinizmu, zwłaszcza że doświadczenie uczy czegoś całkiem przeciwnego, mamy bowiem dość przykładów wyradzania się elit i sformułowano już dość dużo dobrze uprawdopodobnionych przyczyn, dla których tylko te społeczności zachowują żywotność i ekspansywność, które nie hołdują zasadzie chowu wsobnego, ale dokooptowują do elit tzw. nowych ludzi – homini novi.

W dawnym słownictwie funkcjonował taki termin jak kmieć, którym określano niekiedy każdego chłopa, chociaż odnosił się jedynie do chłopów jako tako niezależnych i – wprawdzie małorolnych – ale jednak posiadaczy. Tymczasem są etnografowie i etymolodzy, którzy pochodzenie owego terminu wywodzą od słowa „komes” służącego do określania nie tyle jakiegoś prostego chłopa i podnóżka pana, ale wprost pańskiego towarzysza, kogoś kto pana wspomaga, chociaż także może mu służyć – „Adamie ty Boże kmieciu, ty siedzisz u Boga w wiecu”.

W minionych latach utarł się taki niepisany obyczaj, że te hipotezy, które wykorzystywała często historiografia i propaganda PRL-owska są z gruntu nieprawdziwe i ich głoszenie z zasady kompromituje taką personę. Osobiście doświadczałem takich sytuacji, że stawiając w dyskusji jakieś kontrowersyjne tezy, zamiast merytorycznej odpowiedzi spotykałem się z argumentem, że przecież takie same tezy głoszono w czasach PRL-u. Na tej zasadzie krytyka Piłsudskiego musi być naganna, bo gdyby Piłsudski był niedobry, to przecież PRL-owska propaganda nie atakowałaby tak bardzo sanacji, tak samo upadek i rozbiory Rzeczpospolitej muszą mieć jedynie zewnętrzne przyczyny, bo szlachtę to winili komuniści.

Tymczasem polska szlachta co najmniej od XVI w. bardziej hołubiła tutejszych Żydów, niż mieszczan i tym bardziej chłopów, którzy z komesów-towarzyszy coraz szybciej staczali się do roli niewolników. Inaczej nasz najsłynniejszy kaznodzieja Piotr Skarga nie formułowałby wobec panów takich ostrych sądów, które powodowały ich zgorszenie („kmiotki i poddane gubić, a sami sobie folgować w poborach i mych ciężarach chcemy”).

Także Jan Kazimierz nie składałby takich, a nie innych ślubów lwowskich („że za jęki i ucisk kmieci spadły w tym siedmioleciu na Królestwo moje z rąk Syna Twojego, sprawiedliwego Sędziego, plagi: powietrza, wojny i innych nieszczęść, przyrzekam ponadto i ślubuję, że po nastaniu pokoju wraz ze wszystkimi stanami wszelkich będę używał środków, aby lud Królestwa mego od niesprawiedliwych ciężarów i ucisków wyzwolić”).

W rzeczywistości chłopów do narodu wciągnęła na początku XX w. edukacyjna i polityczna rola ruchów ludowo-narodowych, skutkiem czego już podczas decydujących dni bitwy warszawskiej premierem polskiego rządu był Wincenty Witos.

Głowa i tułów

Teodor Jeske-Choiński we wstępie do swojej pracy nt. neofitów polskich zapisał, że „Warszawianin z przed laty pięćdziesięciu nie poznałby już dziś swojej kochanej Warszawki, a za lat sto gdyby mu wolno było wrócić na ziemię, czułby się w niej zupełnie obcym”.

Publikacja ta ukazała się w roku 1904, stąd też całkiem niedawno minęło właśnie owe sto lat, po których z pewnością Warszawiak z połowy XIX w. czułby się w niej zupełnie obcym i nie o kulturę materialną chodziło pisarzowi, gdyż jak dodawał w kolejnym akapicie: „przyszłemu psychologowi rozwoju i przemian naszej duszy narodowej wyjaśni słownik neofitów polskich niejedną zagadkę – powie mu, dlaczego pewne poglądy i zapatrywania, wierzenia, pewne „ideały”, których przeszłość polska nie znała, wysunęły się na czoło naszej cywilizacji”.

Stawiając takie prognozy, Jeske-Choiński raczej nie zakładał masowego ludobójstwa, jakie miało miejsce podczas okupacji niemieckiej, ba – pisał to nawet przed rewolucją bolszewicką, stąd też nie przewidział, że przedwojennych neofickich inteligentów zastąpi nowy gatunek neofitów, których łączyło często pochodzenie etniczne, ale którzy wierzyli już w raj komunistyczny. Ale tak, jak i przed wojną, nadal głównym powodem opóźnień w budowaniu nowej wiary była wieś i to, co nazywano później „ludową pobożnością”, krytykowaną zresztą do dzisiaj przez postępową inteligencję. Także – jak wskazują niektórzy – w owej ludowej religijności widział szansę dla Polski m.in. kardynał Wyszyński.

Owa ludowa – i co tu dużo filozofować, kultywowana właśnie głównie na owej małorolnej wsi – pobożność, ale także i mentalność bardzo kłuła w oczy postępową władzę, gdyż stała na drodze tworzeniu nowego człowieka i nowego społeczeństwa. Zmarła niedawno Joanna Wiszniewicz (nb. pracownik Żydowskiego Instytutu Historycznego) w jednej z publikacji podaje, że w latach powojennych polska ludność na prowincji często wrogo odnosiła się do młodzieży żydowskiej i nie kryje wspomnień tych Żydów, którzy do takich zachowań prowokowali: „Krzyczało się o tym! Chodziło się po wsi i się wrzeszczało: „Po ulicy chodzą Żydzi, każdy Polak ich się brzydzi. Ale Żydzi są dziś w kupie, wszystkich gojów mają w dupie””.

Inteligentna infiltracja

Generalnie inteligencja w Polsce rekrutuje się z dawnej inteligencji neofickiej głównie pochodzenia żydowskiego (vide Piotr Naimski – potomek frankistów, także znany radiowiec Grzegorz Wasowski jest synem jeszcze bardziej znanego Jerzego Wasowskiego, który przed konwersją miał się nazywać Wasserzug), potomków szlachty polskiej, po części także skoligaconej ze znaczącymi żydowskimi rodami (np. Stefan Kisielewski był kuzynem słynnej komunistki Hanki Sawickiej vel Hana Szapiro), dawnej żydokomuny i jej progenitury (Kołakowski, Michnik, Holland etc.) oraz nowej inteligencji z powojennego awansu społecznego – w dużej części wywodzącej się właśnie z małorolnego chłopstwa.

Inteligencja, zwłaszcza ta z dłuższymi tradycjami, często zdaje sobie sprawę z tego, z jakiego pnia rodowego i ideowego czerpie swoje życiowe soki, a na poglądy większości osób wpływa nie tylko bieżące doświadczenie, ale także doświadczenie historyczne. I możemy próbować ściągać portki przez głowę i próbować wyjaśniać dominujące w debacie publicznej poglądy, stosunki w mediach, idee głoszone na uniwersytetach etc., ale skutek będzie taki sam, [jak wówczas,] gdyby[śmy chcieli] spróbować wyjaśnić psychikę człowieka bez poznania jego rodziny, przodków, sposobu wychowania i nabytych doświadczeń.

Jeske-Choiński, swego czasu stawiany jako pisarz na równi, a nawet wyżej od Sienkiewicza (vide takie powieści jak: „Gasnące słońce”, „Ostatni Rzymianie”, „Jakobini”, „Błyskawice”, „Terror”, „Tiara i korona”), miał niestety czelność studiować problem żydowski w Polsce (to on jako pierwszy zdefiniował kogo Żydzi uważają za antysemitów – „ciekawskich gałganów”, którzy interesują się żydowskimi sprawami) i dlatego jest dzisiaj zamilczany (jego książki można poczytać na stronie www.pbi.edu.pl ).

Ale w 1938 r., czyli na rok przed wybuchem wojny, rodowity Żyd, niejaki Mateusz Mieses napisał i wydrukował w wydawnictwie M. Fruchtmana książkę pt. „Polacy – chrześcijanie pochodzenia żydowskiego”, szacując tam, że samych potomków frankistów zmieszanych z rodzinami polskimi żyje w Polsce ok. „ośm razy” więcej niż liczba 120 tysięcy (czyli niespełna milion osób), która byłaby liczbą frankistów przy założeniu, że członkowie tej grupy żeniliby się tylko między sobą. To nie jakiś antysemita, ale Żyd Mieses pisze we wspomnianej książce, że „Infiltracja ta trwająca już od wielu, wielu stuleci przedstawia się cyfrowo w sumie wcale poważnie. Kwestia ta ponadto nie tylko ilościowa, ale też jakościowa. Jest zasadnicza różnica, czy pierwiastek obcy został zaabsorbowany przez doły, przez włościaństwo bierne, oddalone w ciężkim poddaństwie przez liczne wieki od wszelkiej współpracy duchowej, państwowej i politycznej, czy też ów przybytek wszedł w skład warstw aktywnych, górnych, kierowniczych, prowadzących naród. Żydzi wychrzczeni nie pobierali się z córkami chłopskimi...

Arcypolskie korzenie

To tenże sam Mieses proponuje, że „...byłoby może słuszną rzeczą w drodze analizy imion, nazwisk, herbów dojść do prawdy, dociec do korzeni, do rzeczywistości dziejowej i wyśledzić przynajmniej pewne rody polskie, (…) które z wyszły z pnia żydowskiego”.

I podaje następnie, w dużej części także za badaniami „antysemity” Jeske-Choińskiego (który przecież nie opierał się tylko na obiegowych sądach, ale pewne przypuszczenia sprawdzał np. w księgach metrykalnych), typowe nazwiska frankistowskie (Wołowski, Grabowski, Lewiński, Pawłowski, Piotrowski, Jakubowski, Jasiński, Dobrowolski, Krzyżanowski, Nawrocki etc.) oraz generalną zasadę tworzenia takich nazwisk, np. od dni tygodnia czy nazwy miesiąca, dodając w tej sprawie, że „musimy jednak uważać za prawdopodobne, że wszędzie gdzie spotykamy w Polsce nazwisko powyższego typu, ma się do czynienia z descedentami jakiegoś nowochrzczeńca. Gdyby się ukazał jakiś wyjątek w tym kierunku, byłaby to egzemcja raczej, która zaświadcza słuszność reguły”.

Szczególnie zrozumienie fenomenu polskich frankistów jest bardzo istotne dla rozjaśnienia pewnego typu zachowań, gdyż wydaje się, że owi frankiści nie byli – jak np. wynikałoby to z tez Didiera – polskimi marranami, ale że sami uważali siebie za grupę szczególnie – przez wzgląd na osobiste zalety – predestynowaną do pełnienia kierowniczych funkcji w narodzie. Sami siebie uważali za lepszych od Żydów i lepszych od Polaków, coś na kształt nowej rasy przejmującej z obu nacji najwartościowsze elementy.

Ten fenomen pozostawił wyraźny ślad w polskiej tradycji inteligenckiej i wyraźnie przebija z dominującego w Polsce sposobu myślenia i zachowania warstw powołujących się na dłuższe tradycje, niż ta, każąca widzieć w inteligencie powojennym prostego chłopa siłą oderwanego od pługa. Czyż nie są, dla przykładu, irytujące te ciągle głośne wyrzekania jakim to nie bylibyśmy cudem świata, gdyby nam w czasie wojny nie wymordowano elit, lub te analizy socjologiczne tłumaczące wszystko mentalnością pofornalską.

Ile jeszcze lat będziemy wajczeć pod rodzimymi atrapami ścian płaczu, wyobrażając sobie, co by nie było, gdyby w Powstaniu Warszawskim nie zginął kwiat młodzieży. Widzimy także ciągłe porównywanie de facto rzezi powstańczych do ofiar całopalnych, talmudyzowanie życia publicznego, odwoływanie się do narodowego wybraństwa i zastępowanie realizmu politycznego swoistą polityczną mistyką.

Z tym też należałoby wiązać swoiste „rąbnięcie” na punkcie rosyjskości, a całkowite zamykanie oczu na zagrożenia płynące ze strony „europejskości”, czy [na] bardzo realne zagrożenie niemieckie. Bo trudno uważać, by Niemcy rzeczywiście pogodzili się z utratą naszych obecnych ziem zachodnich. Raczej należy oczekiwać, że kiedyś je przejmą z dobrodziejstwem żywego inwentarza, a ten inwentarz bardzo szybko zaakceptuje, a nawet polubi swoją nową narodową tożsamość (tym samym unikniemy przesiedleń i syndromu „wozu Drzymały” zostawiając sobie – jak najbardziej – syndrom „Bartka zwycięzcy”).

Kwestia rozróżniania

Wprawdzie dzisiaj próbuje się, na wszelkie sposoby, sprowadzić pojęcie „żydokomuny” do kategorii mitów, rozpowszechnianych zapewne pod strzechami ciemnych, pazernych i żydożerczych polskich chłopów, ale doskonale wiadomo, że twierdzenia o „nadreprezentacji” raczej się nie podważa. Zwłaszcza, że było tak, jak jeszcze przed wojną o frankistowskich i innych neofitach pisał Żyd-Mieses, [lecz] także w tym przypadku [„żydokomuny”] owa „nadreprezentacja” nie dotyczyła dołów (w tym wypadku ubeckich i partyjnych), ale decyzyjnej wierchuszki.

Istotna różnica była taka, że po wojnie ton nie nadawali inteligenccy, przedwojenni neofici, ale dawni chałaciarze, którzy sprzeciwiając się swojej dotychczasowej nędznej egzystencji zapragnęli raju na ziemi – w pierwszym rzędzie, oczywiście, raju dla siebie. To z takich komunistycznych rodzin powychodzili obecni dygnitarze, różnych zresztą orientacji partyjnych (nie tylko ze środowiska UD-ecji, ale np. Dorn czy Wildstein także oficjalnie przyznają, że ich ojcowie był działaczami partii komunistycznych) i ich postrzega się jako homini novi, w odróżnieniu od starych rodzin inteligenckich, często także o neofickich korzeniach.

Łączy ich jednakże marnie skrywana pogarda do polskiego chłopstwa i zarazem strach przed odrodzeniem świadomości, którą przezywają endeckością i zamykają ją w „trumnie Dmowskiego”. To stąd m.in. biorą się różne fałsze historyczne, połączone z uprawianiem pewnych kultów, służące wykreowaniu fałszywej świadomości narodowej. Stąd o pewnych postaciach historycznych, politykach, pisarzach już się praktycznie nie wspomina, a jeżeli już, to obowiązkowo według latami urabianego schematu.

W przemówieniach Witosa można znaleźć np. stenogramy z debat sejmowych toczonych wkrótce po odzyskaniu niepodległości i jest tam też fragment poświęcony interpelacji grupy posłów stających w obronie niby to polskich spółek drzewnych. W odpowiedzi Witos tak tłumaczył pewne rządowe działania zmierzające do przełamania monopolu dotychczasowych spółek na ten handel: „...za czasów austriackich państwowe lasy małopolskie były eksploatowane wyłącznie przez Żydów. Na 40 kontraktów, którymi były objęte wszystkie lasy państwowe w Małopolsce – 32 były zawarte przez przedsiębiorców żydowskich, 4 przez spółki żydowskie, a na 4-ech figurowali podstawieni firmanci, jednak one faktycznie do Żydów należały (…). Kilkakrotnie w swoim przemówieniu wspominał p. Stapiński o tartaku „Hanka”. Znowu tylko informacyjnie, nie wchodząc w meritum rzeczy: był to tartak, który nazwał p. Stapiński „Hanka” – polskie imię. Pozwolę sobie sprostować, że chodzi tu nie o tartak „Hanka”, lecz tylko o tartak, którego właścicielką jest pani Chaja Wachs.
(Głos: To wszystko jedno).
Dla pana jest wszystko jedno, jednak inni rozróżniają.”

Jak widać, dawniej premier i poseł potrafił jeszcze pewne rzeczy rozróżniać, chociaż, według obecnych schematów myślenia, kim był taki Witos – „niewykształconym i z małej wsi”, a co gorsze „pazernym chłopem”.

Krzysztof Mazur

Źródło: http://komitetnarodowy.pl/komitet/ogloszenia/item/258-krzysztof-mazur-korzenie-elity

Krzysztof Mazur vel Krzysztof M. Mazur (ur. 1967) – ekonomista specjalizujący się w problematyce kredytów i leasingu, w l. 1991-2001 nauczyciel akademicki zajmujący się polityką pieniężną i fiskalną, w l. 1996-2012 pracownik Delegatury Ministerstwa Skarbu Państwa w Rzeszowie (dyrektor Delegatury do jej ustawowej likwidacji), od 2001 r. stały publicysta prokapitalistycznego tygodnika „Najwyższy Czas!”; jako mieszkaniec wsi Rudna Wielka (gm. Świlcza, pow. rzeszowski) kandydował w 2014 r. z listy Nowej Prawicy Janusza Korwin-Mikke do sejmiku województwa podkarpackiego.  Кшиштоф Мазур или Кшиштоф М. Мазур. Фото: jaslo4u.pl


Zob. także/См. также:

Neosanacja i jej neoendecja. Неосанация и её неоэндеция http://narodowy.blog.ru/221477763.html (09.06.2016).

J. Bodakowski, Plugawe korzenie elit III RP http://prawy.pl/31139-plugawe-korzenie-elit-iii-rp/ (11.05.2016).

M. Patyk, Mit współczesnej elity narodowej http://mysl24.pl/tematy-tygodnia/2671-mit-wspolczesnej-elity-narodowej.html (27.04.2016).

W. Turek, „Z matki obcej…” – Polacy z wyboru, a nie z pochodzenia w polskim ruchu narodowym, „Myśl Polska” nr 51-52/2013 z dn. 22-29.12.2013 r. http://konserwatyzm.pl/artykul/11378/turek-z-matki-obcej---polacy-z-wyboru-a-nie-z-pochodzenia-w (19.12.2013).

K. Mazur, Mielizny „nowoczesnego” endectwa http://www.prawica.net/arch/33439 (03.03.2013).

K. Mazur, Tak czy owak... czyli o nazwiskach w Polsce http://www.prawica.net/arch/31307 (11.09.2012).

 

 

Фото: blogspot.com/narodowy.blog.ru