Блог О пользователеnarodowy

Регистрация

 

Polska endecko-sanacyjna – Польша эндецко-санацийнaя


Polska endecko-sanacyjna: Polska Dmowskiego, Piłsudskiego i J. Giertycha – Польша эндецко-санацийнaя: Польша Дмовского, Пилсудского и Е. Гертыхa  http://narodowy.blog.ru/221495859.html (17.06.2016).
 
Polska endecko-sanacyjna (11.11.1937).  Польша эндецко-санацийнaя (11.11.1937). Фото: politexpert.net
 
 
W tekście pt. „WPS w próżni społecznej” http://narodowy.blog.ru/221462051.html ] zostało powiedziane, że w ostatnich dekadach, po wygnaniu polskiego chłopstwa ze wsi do miast, partie nacjonalistyczne straciły swoje dawne zaplecze i zarazem przedmiot swoich starań, którym były autentycznie polskie masy żyjące na polskiej ziemi prawdziwie po polsku. Po przeszło stu latach od powstania ruchu narodowego, nacjonaliści polscy nie są nawet na początku swojej drogi. W tym czasie Polska „zaliczyła” trzy systemy socjalistyczne: socjalizm liberalny (w schyłkowej carskiej Rosji oraz w II RP i w III RP), socjalizm narodowy (nazistowski) i socjalizm komunistyczny. Dokonała też kilku zmian sojuszy: z Rosją – przeciwko Rosji – z Rosją – przeciwko Rosji. Zmiany systemów ideologicznych, okupujących przez te sto lat Polskę i równoległe do nich zmiany sojuszy – nie wyszły Polsce na dobre. Socjalistyczna (prokapitalistyczna i antykapitalistyczna) industrializacja szczęścia Polakom nie dała. Cywilizacyjne profity (poprawa warunków życia codziennego, wzrost demograficzny) zostały zniwelowane przez wielkie straty i zdziczenie wojenne, a także i powojenne (wliczając w to okres przynależności do UE). Odnotowując niewątpliwy powojenny postęp techniczny (który nie był jednak zjawiskiem typowo polskim, lecz pochodną światowego wyścigu zbrojeń), Polska zatraciła swój dawny charakter i jest już dzisiaj… „niepodobna do Polski”. Polska prawdziwa, to personalistyczne społeczeństwo stanowe, które żyło w ścisłym związku z ziemią ojczystą, a jego trzon – z bezpośredniej pracy na ziemi. Chcąc odbudować polskość, trzeba do tego powrócić.

Międzywojenne hasło budowy „Wielkiej Polski” było czczą gadaniną, zwykłą „narodowo-ozonową” propagandą, niemożliwą do zrealizowania w ówczesnych nędznych realiach Polski endecko-sanacyjnej, z której obywatele masowo uciekali na Zachód, a najchętniej do Stanów Zjednoczonych, które absolutnie nie pomogły nam w wojnie z bolszewikami, a za to postarały się drastycznie ograniczyć przyjmowanie uciekinierów z Polski, wprowadzając w 1924 r. nowe prawo, zmniejszające ogólną roczną liczbę przyjmowanych imigrantów z 357 tys. do zaledwie 164 tys. Ci Polacy, którym nie udało się wskutek tego wyjechać z kraju, upraszali się o pół-darmową pracę „u Żyda” i kisili się w biedzie, chorobach i bezrobociu aż do wojny, a po jej wybuchu poszli na rzeź. Polska endecko-sanacyjna rozsypała się „niczym domek z kart”.

Nędza i udowodniona przez historię beznadzieja zniewolonej przez zachodni kapitał Polski endecko-sanacyjnej (do której modlą się dzisiaj i tęsknią zarówno nieuświadomieni „narodowcy” rusofobiczni, jak i rusofiliczni) była prostą konsekwencją upadku w 1917 r. sprzymierzonej z nami (z KNP Dmowskiego w Petersburgu) Rosji carskiej, a potem demokratycznej. Gdyby pierwsza wojna światowa zakończyła się zwycięstwem tamtej Rosji na froncie wschodnim, to Polska – w dzisiejszych granicach – byłaby już stuletnim faktem, a nie efemerydą zaistniałą najpierw i utrzymywaną z łaski Niemiec i wspierających je z całych sił mocarstw „anglosaskich” (Stanów Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii), a potem zniszczoną bez mrugnięcia okiem z woli tychże Niemiec i zdradzieckich „anglosasów”.

Polacy sprzymierzeni wówczas z Rosją, nie tylko odbyliby po I wojnie paradę zwycięstwa w Berlinie, ale przede wszystkim mieliby mocne oparcie geopolityczne, militarne, surowcowe, kapitałowe, inwestycyjne i handlowe we wschodnim (słowiańskim i chrześcijańskim!) sąsiedzie. Zamiast gnębić i „polonizować” na siłę równie biednych i wycieńczonych pierwszą wojną mieszkańców tzw. Kresów Wschodnich (Białorusinów, Rusinów i „tutejszych”), Polacy zajęliby się po 1918 r. – z jakże większym dla siebie i Europy pożytkiem! – polonizowaniem Niemców z Wrocławia, Szczecina i Gdańska, których z pewnością nie zechciano by wówczas masowo i przymusowo wysiedlać. Nie byłoby walk polsko-rosyjskich i polsko-ukraińskich, II wojny, rzezi wołyńskiej i cynicznego Rękasowego „powiernictwa”. Nie byłoby dzisiejszego problemu powrotu Niemiec na ich „Kresy Wschodnie” i wyrzucania potomków polskich osadników z mieszkań i gospodarstw na Pomorzu, Warmii i Śląsku. Byłaby w Polsce praca dla każdego i rozwojowy rynek zbytu dla polskich towarów i usług na Wschodzie. Królował by w Polsce język polski i równie miły dla ucha i łatwy w wymowie słowiański język rosyjski, zamiast obcego nam i niszczącego naszą tożsamość angielskiego bełkotu.

Niestety, Rosja chrześcijańska pierwszą wojnę przegrała, a Polska – jak się niebawem okazało – przegrała tą wojnę wraz z nią! (za sprawą również pewnej części Polaków – tzw. „piłsudczyków”, będących wrogami każdej Rosji, a tym samym będących wrogami Polski prawdziwie niepodległej, chrześcijańskiej i rządzonej przez Polaków-Słowian). Rosja przegrała już w roku 1917, a Polska w roku 1926, gdy Zachód – rękami Piłsudskiego – jej „endecką” wolność pogwałcił i zdławił. Odtąd nie były już w stanie się sprzymierzyć: Rosja rządzona przez nie-Rosjan i Polska rządzona, de facto, nie przez Polaków.

Przypomnijmy, że po II wojnie światowej marszałek Stalin podjął taką próbę. W artykule pt. „Wstępujemy na nową drogę. Na marginesie paktu polsko-radzieckiego” („Głos Narodu” z dn. 27.04.1945 r. – wyd. Wojewódzkiego Urzędu Informacji i Propagandy w Częstochowie) czytamy:
„Podpisanie sojuszu radziecko-polskiego otwiera nowy rozdział w dziejach. Jest ono manifestacją przed światem całym, że naród polski zrywa raz na zawsze z endecko-sanacyjną polityką nienawiści w stosunku do bratniego narodu słowiańskiego, zrywa raz na zawsze z awanturniczymi i szaleńczymi imprezami w stylu marszu na Kijów, jest stwierdzeniem, że państwo nasze nigdy więcej nie da się użyć jako narzędzie czy to „wersalczyków”, czy to niemców (!) dla szachowania i paraliżowania naszego sąsiada, socjalistycznego państwa radzieckiego.
(…)
Ale sojusz radziecko-polski ma nie tylko dwustronne znaczenie. Dzięki analogicznym paktom, zawartym uprzednio już przez Jugosławię i Czechosłowację z Z.S.R.R. stanowi on fundamentalny układ, będący rękojmią zabezpieczenia pokoju w Europie, gdyż rzeczą notorycznie znaną jest, że ferment i wieczny niepokój w rodzinie narodów europejskich sieją tylko niemcy (!). Tak więc alians państw słowiańskich jest barierą, o którą na wschodzie rozbiją się wszystkie imperialistyczne zakusy germańskie.
(...)
Europa może spokojnie patrzeć w przyszłość. A w gronie narodów europejskich zajmie należne jej miejsce demokratyczna Polska, ufna w przymierze i przyjaźń ze związkiem radzieckim (!), przyjaźń wyrosłą na gruncie wspólnych zmagań z barbarzyńskim, hitlerowskim najeźdźcą. Idea tedy przyjaźni słowiańskiej musi być – w odróżnieniu od minionych czasów – nicią przewodnią, która będzie wieść nawę państwową po jedynej słusznej drodze. Wzajemne słowiańskie antagonizmy, polsko-sowiecki, polsko czeski – „my żądamy Zaolzia”, [polsko-litewski] „wodzu prowadź na Kowno” – były pożywką, na której lęgły się bakcyle niemieckiej agresji. I z tym raz na zawsze koniec.
(…)
Idea, zawarta w [polsko-radzieckim] pakcie przyjaźni „będzie odtąd już stale kierować naszą polityką zagraniczną, gdyż polityka ta jest podyktowana naszą mądrością państwową, wyraża wspólne gorące dążenia i życzenia naszych narodów, oraz wypływa z trwałej wspólności naszych narodów [premier Osubka-Morawski (!)]”.”

Źródło: „Głos Narodu” nr 62/1945, z dn. 27.04.1945 r., s. 2. http://www.biblioteka.czest.pl/zbiory/czasopisma/glos_narodu/1945/Glos_Narodu_Nr_062_1945.pdf

Trzeba jednak powiedzieć wprost, że idea przyjaźni międzysłowiańskiej jest słuszna, ale musi być realizowana przez samych Słowian. Sojusz polsko-rosyjski 1945 roku nie był porozumieniem autentycznych ETNICZNYCH Polaków i Rosjan, lecz dyktatem wielkich mocarstw, realizowanym na dodatek przez narzuconą nam nie-polską administrację powojennej RP/PRL, wysługującą się (również agenturalnie) bynajmniej nie Rosjanom i nie Rosji, lecz tzw. Sowietom. Sztucznie stworzony i podtrzymywany przez nie-Słowian „sojusz ze Związkiem Radzieckim” musiał w tych warunkach zakończyć się fiaskiem i to samo czeka też równie sztuczny i podobnie realizowany „sojusz Polski z NATO”.

Reasumując: Polska endecko-sanacyjna była tylko postulatem – narodowym, społecznym, państwowym, gospodarczym i geopolitycznym – i to postulatem, który nie miał żadnych szans na realizację, przede wszystkim dlatego, że Polacy i Rosjanie nie dogadali się w porę ze sobą i nie przeciwstawili się wspólnie niebezpieczeństwom grożącym całej Słowiańszczyźnie, a nie tylko samej Polsce, czy samej Rosji. Z pewnością wpływ na to miał nie tylko fakt, że Rosja carska była rządzona w dużej mierze przez element nie-rosyjski i nawet nie-słowiański, ale także – jak podkreślał cytowany wyżej „Głos Narodu” – „leżąca we krwi wielu Polaków mania arystokratyzmu [która] wyciskała piętno na umysłowości naszych sfer rządzących wbrew duchowi idących nowych czasów.”

A tymczasem – tamtej, prawdziwej Polski już nie ma, zaś obecna, choć „zupełnie niepodobna”, nie chce wyciągnąć z historii żadnych nauk i karmi się nadal (czy też: znowu) propagandowym mitem „Wielkiej Polski”.

(nbr)


 
„Przegląd” nr 45/2011 (z dn. 13.11.2011). Фото: eprasa.pl

 
To była inna Polska – Это была другая Польша

Polska dzisiejsza jest zupełnie niepodobna do tej sprzed 1 września 1939 r.

Dane statystyczne mogą być dobrym przewodnikiem po kraju. Wiedział o tym Edward Szturm de Sztrem, statystyk i demograf, od 1929 r. do wybuchu wojny prezes Głównego Urzędu Statystycznego. To z jego inicjatywy zaczął się ukazywać „Mały Rocznik Statystyczny”.

W przedmowie do pierwszego rocznika, z 1930 r., prezes GUS napisał, że ma on utrwalić wiadomości na temat: „Czym jest istotnie dzisiejsza Polska”. Te słowa Szturm de Sztrem powtórzył w przedmowie do 10. rocznika z 1939 r. Wydano go w czerwcu w rekordowym nakładzie 100 tys. egzemplarzy – Ministerstwo Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego zalecało „Mały Rocznik Statystyczny” jako materiał pomocniczy dla szkół. Nigdy nim nie był.

1 września 1939 r. hitlerowskie Niemcy dokonały agresji na Polskę. Państwo zrodzone dzięki I wojnie światowej odeszło w niebyt po kilku tygodniach od rozpoczęcia II wojny światowej. Odrodziło się w zupełnie innym kształcie w latach 1944-1945. I choć po zmianach ustrojowych w 1989 r. władze nazywają obecną Polskę bezpośrednią kontynuatorką Polski międzywojennej (podkreśla to umieszczona w konstytucji druga nazwa państwa – Trzecia Rzeczpospolita), nie zmienia to faktu, że Polska dzisiejsza jest zupełnie niepodobna do Polski sprzed 1 września 1939 r. Dowodzą tego dawne publikacje GUS uczące, czym był istotnie tamten kraj.

W 1939 r., wraz z ziemiami odzyskanymi (tak oficjalnie nazywano Zaolzie), Polska zajmowała 389.720 km kw. (o 77 tys. km kw. więcej niż obecnie). Spośród państw leżących wyłącznie w Europie ustępowała jedynie Niemcom, Francji, Hiszpanii i Szwecji. Najdalej wysunięty na północ punkt kraju znajdował się w okolicach Brasławia (województwo wileńskie), na południe – Kosowa (województwo stanisławowskie), na wschód – Dzisny (województwo wileńskie), a na zachodzie – Międzychodu (województwo poznańskie). Obecnie tylko Międzychód leży w Polsce – od granicy zachodniej oddziela go całe województwo lubuskie. Dawne powiaty dziśnieński i brasławski znajdują się na terenie Białorusi, a kosowski – na Ukrainie.

W 1939 r. Polska dzieliła się administracyjnie na miasto stołeczne Warszawę oraz 16 województw, z których siedmiu – wileńskiego, nowogródzkiego, wołyńskiego, poleskiego, stanisławowskiego, tarnopolskiego i lwowskiego próżno szukać na jej współczesnej mapie.

Polska należała nie tylko do największych, lecz także do najludniejszych państw europejskich. Ostatni przedwojenny rocznik statystyczny szacował liczbę mieszkańców na 35,1 mln – więcej, niż miała np. ówczesna Hiszpania czy Turcja. Spośród państw położonych wyłącznie w Europie Polska pod względem liczby ludności ustępowała jedynie Anglii, Włochom, Niemcom i Francji.

Kim byli mieszkańcy tego dużego europejskiego kraju? Najpełniej przedstawił ich drugi spis powszechny, przeprowadzony 9 grudnia 1931 r., gdy Polska wkroczyła w 14. rok niepodległości. W czasie spisu nie pytano o narodowość. Zadano dwa inne – ważne dla określenia tożsamości – pytania: o „język ojczysty” i „wyznawaną religię”.

Spośród 32,1 mln ówczesnych mieszkańców ponad 10 mln za język ojczysty uznało inny język niż polski. Dla 3,2 mln obywateli językiem ojczystym był ukraiński, dla prawie 2,5 mln – jidysz, dla 1,2 mln – ruski (starobiałoruski), dla prawie miliona – białoruski, dla 740 tys. – niemiecki, dla ćwierć miliona – hebrajski, dla 138 tys. – rosyjski, dla 83 tys. – litewski. Ponad 700 tys. spośród 1,13 mln mieszkańców Polesia nazwało język ojczysty tutejszym. Określenie tutejszy pojawiło się w czasie spisu w 1921 r. – oznaczało nie tylko język, ale i narodowość.

Choć język polski jako ojczysty zadeklarowało jedynie niespełna 22 mln mieszkańców, jest to liczba zawyżona ze względu na naciski ze strony komisarzy spisowych i dokonywane przez nich fałszerstwa – dotyczyły one głównie ludności białoruskiej i ukraińskiej.

Niespełna 20,7 mln mieszkańców Polski określiło siebie w 1931 r. jako wyznawców religii rzymskokatolickiej i ormiańskokatolickiej. Zgodnie ze spisem w Polsce było wówczas 3,8 mln prawosławnych, 3,3 mln grekokatolików, 3,1 mln wyznawców judaizmu, ponad 800 tys. ewangelików (protestantów).

W 1931 r. 72,8 % ludności Polski mieszkało na wsi, 27,2 % – w miastach. W porównaniu ze spisem z 1921 r. ludność miast wzrosła tylko o 2,6 %. Polska do 1939 r. pozostawała państwem o zdecydowanej przewadze ludności wiejskiej.

Komisarze spisowi doliczyli się w 1931 r. prawie 6,4 mln mieszkań, w których było łącznie niecałe 11,8 mln izb mieszkalnych. Statystycznie jedną izbę zajmowały trzy osoby. Zgodnie z ustaleniami rachmistrzów 10,45 mln osób mieszkało w lokalach, w których na jedną izbę przypadały co najmniej cztery osoby.

5,2 mln spośród tych 6,4 mln mieszkań stanowiły lokale jedno- i dwuizbowe.

Jednoizbowych było 3 mln, prawie wszystkie miały – jak to określono w dokumentach spisowych – „urządzenie kuchenne”. W takich lokalach mieszkało 13,7 mln obywateli. Komisarze spisowi byli na tę sytuację przygotowani, w arkuszu pomocniczym bowiem znajdowało się pytanie: „Czy mieszkanie składa się wyłącznie z izby kuchennej?”.

Najgorzej wyglądała sytuacja na wsi. W województwie kieleckim, zaliczanym do województw centralnych – lepiej rozwiniętych niż wschodnie – 2,2 mln mieszkańców wsi zajmowało 414,5 tys. mieszkań (w tym 260 tys. jednoizbowych) z 603 tys. izbami. Połowa ludności wiejskiej województwa zajmowała lokale, w których jedną izbę dzieliły co najmniej cztery osoby.

W Warszawie w takich warunkach mieszkało 23,4 % ludności. Dla porównania w Rzymie – 8 %, w Pradze – 6 %, w Paryżu – 0,7 %, w Berlinie – 0,3 %. Spośród 618,8 tys. budynków w polskich miastach w 1931 r. elektryczność była w 234,3 tys., wodociąg – w 90,2 tys., a kanalizacja – w 80 tys. Jedynie co 10. budynek (61,7 tys.) miał wszystkie instalacje. Ta sytuacja w zasadzie nie zmieniła się do wybuchu wojny. „Wśród krajów, dla których rozporządzamy danymi w sprawie wielkości mieszkań, szczególnie Polska wyróżnia się niekorzystnymi warunkami”, ubolewała Jadwiga Niebudkówna w kwartalniku GUS „Statystyka Pracy” (Zeszyt nr 1 z 1939 r.). Przedwojenne roczniki statystyczne nie zawierają informacji o wyposażeniu domów wiejskich w media, bo niemal ich nie było.

Dla osoby, która na przełomie 1931 i 1932 r. nie skończyła roku, prognozowana dalsza długość życia wynosiła 48,2 lat (dla mężczyzny) lub 51,4 (dla kobiety). Dalsza długość życia dla osób, które miały wówczas kilka lat, wyglądała lepiej: dla trzylatka – 57,7, a trzylatki – 59,4.

W 1923 r. na 10 tys. mieszkańców Polski przypadało 2,4 lekarza, w 1938 r. – 3,7 (w podobnym okresie ten wskaźnik wynosił w Bułgarii – 4,5, w Niemczech – 7,3, na Łotwie – 7,9, na Węgrzech – 11,2). Jednak dostęp do lekarza był bardzo zróżnicowany. W Warszawie na 10 tys. mieszkańców przypadało 22 lekarzy, a w otaczającym stolicę województwie warszawskim – dwóch. Jeszcze gorszy wskaźnik był w województwach wołyńskim, poleskim i nowogródzkim.

Spośród 12.917 lekarzy w Polsce w 1938 r. jedynie 1.466 pracowało na wsi, na której mieszkało ok. 70 % ludności kraju. „Są wsie, w których brak w pewnych latach roczników szkolnych i rekruckich, bo kiedyś wytępiła w nich dzieci epidemia. Choroby społeczne panoszą się niemal bezkarnie. Lekarz jest niedostępnym luksusem. Przywozi się go w ostatniej chwili – z księdzem”, pisał dr Stefan Giebocki w pracy nadesłanej na zorganizowany w 1936 r. przez Zakład Ubezpieczeń Społecznych konkurs „Pamiętniki lekarzy”. Podsumowując relacje medyków, przewodniczący jury Melchior Wańkowicz konstatował: „Zdrowie ludzkie w Polsce, oglądane ich oczami całkiem z bliska, daje obraz przerażający”.

Złe wyżywienie i warunki mieszkaniowe (brak toalety, bieżącej wody, zimno, wilgoć), brak opieki lekarskiej sprawiały, że w Polsce wyższe niż w rozwiniętych państwach europejskich były wskaźniki umieralności na tzw. choroby nagminne (dur brzuszny, odrę, grypę, błonicę, czerwonkę), gruźlicę oraz zapalenie płuc – odpowiednio 13,2, 17,6 i 15,5 zgonów na 10 tys. mieszkańców (w Anglii odpowiednio 7,1, 5,9 i 7,2, w Czechosłowacji – 8,9, 11,4 i 12,9).

23,1 % mieszkańców Polski w 1931 r. nie umiało czytać ani pisać. W województwie śląskim było jedynie 1,5 % analfabetów, w Warszawie – 10 %, za to w województwach poleskim i wołyńskim prawie połowa. Mimo wprowadzenia już w 1919 r. obowiązkowej edukacji (siedmioletnia szkoła powszechna) problemu analfabetyzmu – w skali całego kraju – nie udało się rozwiązać do wybuchu wojny. Zgodnie z danymi statystycznymi, od wprowadzenia w 1932 r. tzw. jędrzejewiczowskiej reformy szkolnictwa do roku szkolnego 1938/1939 poza obowiązkiem szkolnym pozostawało – w zależności od roku – od 9,4 do 11,7 % dzieci w wieku 7-13 lat (ok. 0,5 mln). W województwie wołyńskim w roku szkolnym 1937/1938 obowiązek szkolny obejmował 71,6 % dzieci, w tym 62,3 % siedmiolatków i 49,9 % 13-latków.

Do ok. 10 % w skali kraju uczniów niezapisanych do szkoły Marian Falski, w latach 30. pracownik Ministerstwa Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego, doliczał jeszcze 10 % zapisanych, ale niepodejmujących nauki lub przerywających ją w czasie roku.

Choć szkoła powszechna dla dzieci kończących na niej naukę była siedmioletnia, to z powodu braku nauczycieli i pomieszczeń (szkoły organizowano bardzo często w wynajętych izbach chłopskich) w wielu wsiach realizowano jedynie program czterech klas. Ich ukończenie nie dawało prawa kontynuowania nauki w gimnazjum. Do wybuchu wojny nie rozwiązano problemu bazy lokalowej szkół powszechnych, nowych obiektów budowano niewiele, za to przyrost naturalny był bardzo wysoki (problem braku lokali rozwiązano dopiero po II wojnie światowej, m.in. z pomocą akcji „Tysiąc Szkół na Tysiąclecie”).

Edukacja większości uczniów kończyła się na etapie szkoły powszechnej. W roku szkolnym (akademickim) 1936/1937 szkoły powszechne ukończyło 262,7 tys. uczniów, egzamin dojrzałości zdało 15 tys. abiturientów, a dyplomy wyższych uczelni uzyskało 6114 osób.

W końcu lat 30. w USA było 215 odbiorników radiowych na tysiąc mieszkańców, w Danii – 201, w Szwecji – 195, w Anglii – 187, w Niemczech – 154, we Francji – 112. W Polsce jedynie Warszawa zbliżała się do tych wyników – miała 104 radioodbiorniki na tysiąc abonentów. W województwie warszawskim było ich tylko 38, w białostockim – 19, w nowogródzkim – 11, w wołyńskim i stanisławowskim – 10 (jedno radio na sto osób), a w tarnopolskim – 9. Na wsi korzystano niemal wyłącznie z radioodbiorników wyposażonych w detektory kryształkowe (karierę w latach 30. zrobił wynaleziony przez Wilhelma Rotkiewicza detefon), bo w przeciwieństwie do aparatów lampowych nie potrzebowały zasilania elektrycznego. W 1939 r. bez światła elektrycznego, zdani na lampy naftowe byli mieszkańcy 97 % wsi w Polsce. Moc wszystkich elektrowni w kraju wynosiła niecałe 1,7 tys. megawatów (wybudowana w latach 70. elektrownia Kozienice miała większą moc), a produkcja energii elektrycznej w Polsce była ponaddwukrotnie mniejsza niż w Szwecji, pięciokrotnie mniejsza niż we Francji, siedmiokrotnie mniejsza niż w Anglii i 14-krotnie mniejsza niż w Niemczech. Wydobycie podstawowego surowca energetycznego – węgla kamiennego – do końca II RP było mniejsze niż w 1913 r. w kopalniach, które znalazły się w składzie państwa polskiego (wydobyto w nich wówczas 41 mln ton, w 1938 r. – 38,1 mln).

Obywatele przedwojennej Polski rzadko słuchali radia, ale jeszcze rzadziej korzystali z telefonu. W 1938 r. w kraju było zarejestrowanych 299 tys. aparatów telefonicznych należących do 225 tys. abonentów. Na tysiąc mieszkańców Polska miała siedem telefonów, Czechosłowacja – 15, Łotwa – 39, Niemcy – 53, Anglia – 64, Dania – 113. Obywatele polscy nie nadrabiali zaległości w komunikacji, wysyłając telegramy i listy. W 1937 r. w Polsce nadano 95 telegramów na tysiąc mieszkańców, w Anglii ten wskaźnik wynosił 1418, w Grecji – 697, w Czechosłowacji – 310, w Szwecji – 753. W tym samym roku na jednego obywatela przypadało 26 nadanych przesyłek listowych (na jednego Belga – 53, Francuza – 144).

Przedwojenna Polska miała nieźle rozwinięty transport kolejowy (choć przewoziła mniej pasażerów niż kolej czechosłowacka, nie wspominając o angielskiej czy niemieckiej), za to pod względem transportu drogowego Polska do wybuchu wojny pozostała państwem zacofanym. 1 stycznia w całym kraju było zarejestrowanych niespełna 42 tys. samochodów, wliczając w to ciężarówki, autobusy i taksówki. W całym województwie tarnopolskim, przez które przebiegała szosa zaleszczycka, w 1939 r. było zarejestrowanych 350 samochodów (jeden na 5 tys. mieszkańców). W 1938 r. na tysiąc mieszkańców przypadało w Polsce 10 samochodów, podczas gdy w Anglii i we Francji ponad 500, w Szwecji – 305, w Niemczech – 251, we Włoszech – 100, w Czechosłowacji – 69.

W najlepszym dla Polskich Linii Lotniczych przedwojennym roku, 1937, przewieziono 37 tys. pasażerów. W tym samym roku z Polski w podróż za granicę udało się 65,2 tys. osób, a w 1938 r. – 88,9 tys. Te dane nie objęły osób, którym wydano paszporty emigracyjne.

W 1937 r. opuściło Polskę 102,4 tys. emigrantów, rok później – 129,1 tys. (w całym 20-leciu ok. 2 mln). W Gdyni, poza portem, powstał Obóz Emigracyjny, w którym przygotowywano chętnych do wyjazdu z kraju – dzięki specjalnej bocznicy kolejowej emigranci byli dowożeni wprost pod burtę statku (ten epizod polskiej historii przypomni powstające w Gdyni Muzeum Emigracji).

Mimo sukcesów – budowy Gdyni i Centralnego Okręgu Przemysłowego – II RP do końca swego istnienia nie zdołała osiągnąć poziomu rozwoju gospodarczego z roku 1913. Tymczasem liczba ludności w kraju wzrosła z 27,4 mln w 1921 r. do 35,1 mln w 1939 r. Zbigniew Landau i Jerzy Tomaszewski wyliczyli, że w porównaniu z 1913 r. spadek produkcji przemysłowej na jednego mieszkańca w 1938 r. – roku najlepszej koniunktury – wynosił 18 %. To – jak podkreślali – świadczyło „o uwstecznieniu naszej gospodarki, o wzroście zacofania w porównaniu z innymi krajami”.

Krzysztof Pilawski

Źródło: „Przegląd” nr 45/2011 (z dn. 13.11.2011) http://www.przeglad-tygodnik.pl/pl/artykul/byla-inna-polska (13.11.2011).

 
Polska endecko-sanacyjna była zupełnie inną Polską.  Польша эндецко-санацийнaя, это была coвceм другая Польша. Фото: eglos.pl

 
Zob. także / Cм. также:

Bohdan Piętka, Zaczadzeni II RP, „Przegląd” nr 21/2016 (z dn. 29.05.2016) http://www.tygodnikprzeglad.pl/zaczadzeni-ii-rp/ (27.05.2016).

Bohdan Piętka, Krwawe strajki w II RP, „Przegląd” nr 22/2016 (z dn. 05.06.2016) http://www.tygodnikprzeglad.pl/krwawe-strajki-ii-rp/ (01.06.2016).

Bohdan Piętka, Bereza Kartuska czarna karta historii II RP, „Przegląd” nr 29/2015 (z dn. 19.07.2015) http://www.tygodnikprzeglad.pl/bereza-kartuska-czarna-karta-historii-ii-rp/ (15.07.2015).

 

Для ответа с цитированием необходимо
выделить часть текста исходной записи